SŁAWIONA MODELKA

Z kolei „New York Herald” drukuje prawdziwy panegiryk na jej temat. „La Semaine a Paris” natomiast sławi mo­delkę, która jako pierwsza w historii sztuki „dała artystom prztyczka w nos”, rzucając im wyzwanie na ich własnym terytorium: „To prawdziwy czar. Stosu­je pełne ekspresji pociągnięcia pędzla, a kolory, których używa z pewnością dziecka łączącego litery alfabetu, są czyste i lśniące jak łąki w deszczu, jak nie­bieskie oczy w pogodny dzień. Będziemy się modlić za nią, by powtórzyła ten sukces”. Teraz będziesz mogła sprzedawać swoje obrazy o wiele drożej – mówią jej przyjaciele.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

JEDEN Z WIELU TALENTÓW

Ona nie robi jednak nic, żeby naprawdę wykorzystać ten jeden z wielu ta­lentów, które posiada. Śmieje się, kiedy ludzie wprawiają ją w zakłopotanie, py­tając – „Czy to ty jesteś tą gwiazdą Kiki z nowego amerykańskiego filmu, który grają w Mille Colonnes na ulicy de la Gaite?”. Nie kuszą jej kalendarzowe terminy ani życie według ścisłego planu, ani sława i kariera zależne od panującej koniunktury Jedyne, czego pragnie, to żyć w otoczeniu przyjaciół bez troski o jutro. Jakieś miłe słowo, szklaneczka wina – oto elementy jej bogactwa. Pewien młody pisarz wzruszył się kiedyś do łez, gdy zaśpiewała mu zachrypniętym głosem: „Pachniały bzy…” – właśnie to się dla niej liczy.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

OŻENIĘ SIĘ Z NIĄ!

  • Ożenię się z nią – oznajmia niespodziewanie przyjaciołom. Ja ją znam. Spotkałam ją w Deauville u Heberta – szepcze Therese do Kiki. Wyrzucono ją stamtąd, bo zakochała się w Riquette i nie daw’ała jej spo­koju!Mam wrażenie, że te wszystkie historie z zawieraniem małżeństw’ to ja­kaś epidemia. Coś takiego jak ospa albo żółta febra! – odpowiada jej cicho Kiki z lekką ironią i niepokojem w głosie.Także Tristan Tzara żeni się w sierpniu 1925 roku. Jego wybrankąjest słod­ka Greta Knutson, Szwedka z pochodzenia. W kawiarniach Montparnasse’u mówi się, że Tzara robi to dla pieniędzy. Nie musi się teraz o nic martwić, w przeciwieństwie do innych artystów, którzy nigdy nie śmierdzą groszem. Ale że Duchamp daje się od razu zaciągnąć do ołtarza dziedziczce potężnej fortu­ny?! 

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

JAK PORCJA BITEJ ŚMIETANY

On, taki antymieszczański i przez tyle lat nieugięty w kawalerskim stanie, a przy tym nie mający w sobie nic z żigolaka albo Rastignaca – łowcy posagów. To zupełnie niezrozumiałe dla tych, którzy go znają. Zawsze był bardzo cynicz­ny w wypowiedziach o miłości. Uważał, że skoro może mieć wszystkie kobiety, na które ma ochotę, nie ma sensu się żenić. Jeden Francis Picabia nie jest zaskoczony nagłą zmianą Duchampa, bo to on właśnie razem z Germaine Everling zaaranżował pierwsze spotkanie tej pary.8 lipca 1927 roku Man Ray i Kiki przybywają pod kościół ewangelicki przy alei Wielkiej Armii numer 54. Man chce sfilmować przyjazd panny młodej, która wygląda jak wielka porcja bitej śmietany. Duchamp z kolei zjawia się we fraku i pasiastych spodniach.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

MAŁŻEŃSTWO NIEWYPAŁ

Wkrótce jednak ten mariaż sztuki i pieniędzy okazuje się niewypałem. Świeżo upieczony mąż myśli bowiem tylko o sobie i swoich szachach. Którejś nocy jego młoda żona wymyka się ukradkiem z sypialni i przykleja do szachow­nicy wszystkie figury, sadząc, że w ten sposób doprowadzi do szachowego za­wieszenia broni, a tym samym zyska spokój małżeński.Już w cztery miesiące po ślubie Duchamp dochodzi do wniosku, że mał­żeństwo jest równie nudne, jak wszystko inne. Jego żona ze zrozumieniem go­dzi się na rozwód. Oczywiście nie ma mowy o alimentach, bo Lydia jest nieza­leżna finansowo. Dla Marcela ma to ogromne znacznie, gdyż nie jest skory do jakichkolwiek wydatków. Tak więc Duchamp powraca do wędrownego życia gracza szachowego i do kawalerskich przyzwyczajeń, zachowując się tak, jak gdyby nic się nie zdarzyło.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

PRZEŁOM W ŻYCIU MONTPARNASSE’U

Jednak jego pośpieszne małżeństwo i wyprowadzenie się z hotelu Istria zwiastują przełom w życiu Montparnasse’u. Wszystko zmienia się tu w mgnie­niu oka. Dzielnica, jakby przerośnięta sukcesem, staje się nagle zbyt mała i pę­ka w szwach. Sprytni spekulanci zaczynają zbijać fortuny na miejscowych ar­tystach i na legendzie, jaka powstała wokół Montparnasse’u. Pojawia się nowa klientela bogaczy, którzy przybywają tu z daleka, jak na polowanie na dziką zwierzynę, do tej egzotycznej kolonii, tym bardziej tajemniczej i nęcącej, że nie do końca jeszcze ujarzmionej. Od kwietnia cztery tutejsze kobiety, żywiołowe i pełne zapału: Bibi-Rose, Kardial, Aschida oraz Kiki angażują się do nowej grupy rozrywkowej. W jej skład wchodzą brazylijskie śpiewaczki, hinduscy tancerze i hawajscy gitarzyści całe to towarzystwo występuje na antresoli Quat’Femmes na bulwarze Raspail pod numerem 241.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

NOWY KLUB

Stojąca przy wejściu Murzynka w operetkowym stroju pełni funkcję gońca. Muzycy grają na estradzie przypominającej przewróconą na podłogę szafę. Są ubrani w błękitne pulowery, kolorowe, pasiaste spodnie, na nogach mają nie­bieskie getry, a na głowach – założone w poprzek wieńce laurowe. Mimo ze po­mieszczenie jest ciasne, urządzono tu, wzdłuż jednej ze ścian, scenę. Podwój­ny parawan z namalowanym na nim ciągiem kamienic służy za scenografię. Kabaret ten ma się stać nowym klubem artystów Montparnasse’u. To już chyba ostatni przybytek tego rodzaju, gdyż niemal od początku działalności je­go nazwa wywołuje śmieszne nieporozumienia, którym trudno zaradzić.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

NIEPOROZUMIENIE

Tymczasem wielu obcych przy­byszów i ci, którzy przywykli do płacenia za dostarczane im „przyjemności”, uwierzyło, że jest lo mały, sympatyczny dom publiczny w’ rodzaju Suzy albo Les Belles Japonaises. To obyczajowe i semantyczne nieporozumienie było powo­dem ciągłych kłopotów, z którymi musiała borykać się właścicielka. W 1928 ro­ku po nocnym nalocie policji kabaret został definitywnie zamknięty. W oczach nowej publiczności bladość Kiki, naelektryzowanęj podrygami one-stepa, wydaje się równie szokująca, jak hebanowe ciało Josephine Backer, która z dnia na dzień podbiła serca paryżan i zagrała na nosie wszystkim cen­zorom, gdy w 1925 roku pojawiła się w „Czarnej Rewii” w prawdziwie diabeł* skim wcieleniu przepasana jedynie bananową spódniczką.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

JAKO PIOSENKARKA

W tym czasie Kiki przypomina rysunki Dignimonta: ostry nos, wyzywają­ce spojrzenie, rozstawione nogi, jakby zwykła siadać okrakiem na krześle. Tań­czy maczicze i cake-walka. To jednak nie jej specjalność. Triumfuje jako pio­senkarka. Kiki jest teraz gwiazdą Jockeya jeszcze większą niż kiedykolwiek przedtem. Każdego wieczoru zarabia od stu do czterystu franków, nie przemęczając się zbytnio. Henri, nowy właściciel kabaretu, zamierza potrącać sobie marżę od jej dochodów według przygotowanego specjalnie dla niej rozliczenia: trzydzieści procent z pierwszej zbiórki pieniędzy i pięćdziesiąt procent z drugiej.Też coś! – wścieka się Kiki. – Kazać artystom płacić za to, że wyświadcza­ją mu przysługę i śpiewają w jego lokalu! Ten typ jest gorszy od sutenera. To skandal!

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn